Blog Forum Gdańsk 2010 stat4u
wtorek, 04 października 2011
DO ZOBACZENIA...

... na blogspocie.

Bowiem od teraz urzęduję pod tym adresem:

 

polkawpodrozy.blogspot.com

 

Blox za bardzo zaczął mnie wkurzać. zaczęło mnie wkurzać to, że ciągle muszę zmniejszać rozmiary zdjęć. wkurza mnie to, że za często są błędy serwera. wkurza mnie wiele rzeczy. pewnie za jakiś czas wkurzy mnie też blogspot, ale na razie mnie nie wkurza:) 

11:10, polka_w_podrozy
Link Komentarze (1) »
Blog Forum Gdańsk 2011

Już prawie rok minął, odkąd w grudniu 2010 roku byłam na Blog Forum2010. 

I teraz znowu będę na tej samej imprezie. Z kilkorgiem osób, które wtedy poznałam, do dziś utrzymuję kontakt. I już cieszę się na spotkanie z nimi.

No i Gdańsk, który przywita mnie, mam nadzieję, ładną pogodą. I warsztaty fotograficzne, które proponują nam organizatorzy w połączeniu z Gazetą Wyborcza.

Zobaczymy, co mnie czeka, ale jak doczekać się już nie mogę:)

 


09:17, polka_w_podrozy
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 października 2011
Tibilisi - miasto świątyń


W Gruzji ponad 80% osób wierzy w Boga i praktykuje religię. Dlatego właśnie dzisiaj o religii porozmawiamy.

Tibilisi to jedno z nielicznych miast na świecie (jeśli nie jedyne), w którym bezproblemowo obok siebie stoi i cerkiew Kościoła Gruzinskiego i katedra Kościoła Ormiańskiego i synagoga i meczet i kościół katolicki. Zwiedziliśmy więc prawie wszystkie z nich – oprócz meczetu, ponieważ były akurat modlitwy, a my nie chcieliśmy przeszkadzać.

Przy okazji podowiadywałam się kilku ciekawych (przynajmniej dla mnie) rzeczy. Np. dlaczego Żydzi noszą jarmułki. Mają oni bowiem ciągle pamiętać, że Ręka Boska (symbolizuje ją właśnie jarmułka)  nad nimi czuwa. Dowiedziałam się również, że nakrycie głowy Żyda (zauważyliście, że mają kilkanaście rodzajów kapeluszy) mówi o tym, do jakiej gminy należy.

 

Mięliśmy duże szczęście, ponieważ udało nam się trafić w Katedrze Sioni na obchody Święta Przemienienia Pańskiego. To jedno z głównych gruzińskich świąt, a podobne trochę do naszej … Wielkanocy. Dlaczego podobne? Ponieważ Gruzini przynoszą do Katedry jedzenie, owoce, wino – znak świeżości, czegoś nowego i rozpoczynającego kolejny etap.
Robiłam zdjęcia, podziwiałam i weszłam do środka bocznymi drzwiami. Dalej oglądałam, podziwiam ludzi, którzy przynoszą arbuzy, melony, chleb, aż nagle zdałam sobie sprawę z tego, że dookoła mnie są sami obcy ludzie, nikogo z mojej grupy. Wychodzę więc, szukam, a tam okazuje się, że nikogo nie wpuszczono – każdy z nas miał krótki spodenki (do katedry można wejść tylko w sp
odniach do polowy łydki; ja na szczęście miałam właśnie takie spodnie i dlatego nikt mnie nie wyrzucał).

W Gruzji jest wielka tolerancja religijna. Nikt nikomu nie robi problemów, nikt nikogo nie prześladuje czy szykanuje. Jeśli ktoś chciałby (nawet osoba prywatna) chciałby wybudować kościół, wystarczy, że pójdzie do urzędu, wypełni druczek i już. Praktycznie tego samego dnia może wziąć się do dzieła.

 

KATEDRA SIONI


żebractwo to w Gruzji prawie zawód

 

 w święto Przemienienia Pańskiego, do katedry przynosi się jedzenie.

 

 

To tutaj koncentruje się życie religijne Gruzji. Tutaj przechowywany jest krzyż Św. Nino - składał się on z dwóch gałązek winorośli splecionych puklem jej włosów.

 

ORMIAŃSKA KATEDRA ŚW. JERZEGO

 

 

 

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

KOŚCIÓŁ KWASZWETI

 

 

 

SYNAGOGA

 

 

 

KOŚCIÓŁ METECHI

 

kościół i królujący nad nim Wachtang

 

MECZET


WIĘCEJ ZDJĘĆ Z KOŚCIOŁÓW GRUZIŃSKICH (TBILISKICH) TUTAJ

10:56, polka_w_podrozy , AZJA
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 września 2011
Z WIZYTĄ U WUJKA STALINA

 

W Gori nic nie ma. Dosłownie. Kilka domów, ulic i kościół. I pewnie miasto stałoby się jedną wielką pustynią, gdyby nie fakt, że w grudniu 1878 roku narodził się tutaj Josif Wissarionowicz Dżugaszwili, znany później jak Józef Stalin.

Gori żyje ze Stalina. To dzięki niemu ludzie mają pracę, a do Gori ciągną tłumy. I co ciekawe, najwięcej odwiedzających to … Żydzi!!

 


Urodził się tutaj jako trzeci syn szewca Wissariona „Beso” Dżugaszwilego i Jakateriny „Keke” Geładze. A teraz miasto jego urodzenia istnieje tylko dzięki wujkowi Stalinowi. Gdyby nie on, nikt nawet nie wiedziałby, ze Gori w ogóle istnieje. Jeszcze do niedawna, na głównym placu miasta stał wielki pomnik dyktatora, a każda próba jego usunięcia kończyła się fiaskiem. Tak było aż do czerwca 2010 roku, kiedy postument został zdjęty pod osłoną nocy i przeniesiony na plac przed muzeum poświęconemu pamięci Stalina. Na miejscu zdjętego pomnika ma stanąć monument upamiętniający ofiary stalinizmu. Niektórzy uważają, że Gruzja nie potrzebuje takich bohaterów jak Koba – w końcu był mordercą i kryminalistom. Ale jakby nie patrzeć, to dzięki niemu Gori mogło się podnieść po bombardowaniach.

 


Część Gruzinów odcina się od Stalina, mówiąc, że jest on Osetyjczykiem, a to nie jest to samo, co Gruzin.  Zresztą sam dyktator odcinał się od swojego kraju, czuł się bardziej Rosjaninem. Nie oszczędzał Gruzji – mordował, zarządzał czystki i nie zwracał uwagi na to, że krzywdzi swoich pobratymców.  

 


Nie o samym Stalinie mieliśmy jednak mówić, a o jego muzeum. Oprowadza nas młoda dziewczyna i od początku widać, że nudzi ją to, o czym opowiada. Dlatego chyba właśnie opowiadać zaczyna o sobie – chce się wyrwać z Gori i chyba jej się uda – „mam siostrę w Bydgoszczy, to mam gdzie uciec” – mówi z dumą. Mam nadzieję, że kiedyś zobaczę ją na polskiej ulicy. Zaczyna wtrącać rosyjskie słówka, coraz więcej i więcej, aż w końcu angielski prawie całkiem znika.

Muzeum nie jest duże, nie ma też wcale zatrważającej ilości eksponatów. Są zdjęcia, makiety, kilka prezentów, które Stalin dostał od wiernych „fanów”, jest coś na kształt mauzoleum.

Przed budynkiem stoi salonka wodza. A w niej … wszystko. Klimatyzacja, biuro, sypialnia, samowary, bieżąca woda. Dla niepoznaki na przedzie wielkie inicjały F.D. (Feliks Dzierżyński). Tym wagonem właśnie Józef jeździł po świecie. A obok niego pomnik Stalina. Ten sam, który zniknął rok temu z rynku.

  


Naprzeciw muzeum stoi mała chatka, to w niej przyszedł na świat mały Dżugaszwili. Skromnie – stolik, łóżko, biała pościel, obrus. Biednie, ale schludnie.

Idziemy dalej, zamyśleni wychodzimy przed budynek i oddalamy się.  

 

WIĘCEJ ZDJĘĆ ZNAJDZIECIE TUTAJ

 co by nie mówić, ale młody Stalin był naprawdę przystojny

 

 

 

09:04, polka_w_podrozy , AZJA
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 września 2011
Jak uszczęśliwić małego chłopca?

Mali chłopcy lubią wiele rzeczy, o których ja nie mam pojęcia. A przynajmniej kiedyś nie miałam pojęcia. nie wiedziałam, co to Bakugany, Ben10 i inne rzeczy. Wiedziałam za to, co to dinozaury i wiedziałam, ze mali chłopcy je lubią.

 


Nigdy jednak nie przypuszczałam, że chłopcy mogą się tak bardzo cieszyć na widok jakichś prehistorycznych stworów:) Te okrzyki radości, bieganie pomiędzy wielkimi dinozaurami i strach przed wejściem do dziwnej jaskini - bezcenne.

 


Tak wspaniałe przygody czekają na małych odkrywców w Inwałdzie - małej wiosce w Beskidzie Niskim (Małym) - niedaleko Andrychowa. Wielki parking pomieści masę samochodów, a kamienna dróżka prowadzi nas prosto do kasy, gdzie kupujemy bilety (19 i 15 złotych - ulgowy ) i wchodzimy do zupełnie innego świata. Oprócz samych dinozaurów w parku znajdziemy też wesołe miasteczko, park linowy, piaskownice z możliwością odkopania kości dinozaura i tajemnicze jaskinie, w których czekają na nas informacje na temat dawnego życia. Są też, oczywiście, bary, kawiarnie, zabawy i inne formy, które umożliwią rodzicom wydanie ciężko zarobionych pieniędzy, a dzieci doprowadzą do radosnego szaleństwa. 

 

Za bramami parku, kilka kroków dalej jest park miniatur, ale o tym innym razem

WIĘCEJ ZDJĘĆ TUTAJ

 


18:48, polka_w_podrozy
Link Komentarze (3) »
wtorek, 13 września 2011
JAK PACHNIE PIEKŁO?

W piekle pachnie siarką. Tak myślę, bo nie byłam i nie wiem, ale tak mówiła i babcia i mama i ksiądz. Oni chyba wiedzą, nie? Przynajmniej ten ostatni.

W Tbilisi też pachnie siarką, ale nie ma to nic wspólnego z piekłem. Wręcz przeciwnie – z niebem. I wszystkim tym, którym się wydaje, że siarka śmierdzi zgniłym jajkiem radzę: idźcie do bani, a przekonacie się, że zapach to wcale nie jest tak okropny.

Bania to bowiem nic innego, jak łaźnie z siarkową wodą. Ciepłą i przyjemną dodajmy. Każdy, kto przebywa w Gruzji powinien ich spróbować. Powinien zanurzyć się w marmurowych wannach, powinien pozwolić, aby panie łaziebne zrobiły peeling, masaż, żeby piana mydlana spływała po jego ciele. Powinien najpierw wykąpać się w ciepłej wodzie siarkowej, potem spłukać swoje ciało zimną wodą i udać się do sauny. Powinien zamówić sobie jedzenie, wino albo czaczę.

Wizyta w łaźni była jednym z najprzyjemniejszych momentów w czasie całego wyjazdu. Tutaj się naprawdę odpoczywa.

W dawnych czasach kobieta, która miała syna kawalera, chodziła do łaźni, aby tam wybrać mu żonę. Mogła bowiem dokładnie obejrzeć sobie przyszłą synową, sprawdzić, czy da jej odpowiednie wnuki i czy jej ciało jest nieskazitelne. Gdzie bowiem lepiej to sprawdzi, jak nie w pomieszczeniu, w którym każdy chodzi, jak go Pan Bóg stworzył?

Dzisiaj już nikt nikomu nie wybiera małżonki, ale kameralne i ciche pomieszczenia łaźni ciągle służą gruzińskiej mafii do załatwiania swoich interesów.

 

p.s. zdjęć z wnętrza łaźni - z przyczyn wiadomych - nie umieszczam :)

 

 

 

 

 


07:53, polka_w_podrozy , AZJA
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 września 2011
PO PROSTU TBILISI (gruz.თბილისი) cz.1

Kiedy pewnego dnia król Wachtang Gorgasali wybrał się na polowanie, królewski sokół pochwycił bażanta. Nagle oba ptaki zniknęły z oczu polujących, a kiedy po wielu godzinach poszukiwań je odnaleziono, bażant i sokół leżały obok siebie martwe w strumyku. Okazało się, że wpadły do gorącego źródła i … ugotowały się. Zdziwiony tym, co się stało, król przyjrzał się okolicy – pięknym skałom, lasom i żyznej glebie. Stwierdził, że to miejsce idealnie nada się na nową osadę, kazał założyć w tym miejscu miasto, któremu ze względu na cieple źródła nadano nazwę „Tbilisi” (od gruzińskiego „tbil” czyli „ciepły”).


To jedna z wersji legendy o założeniu Tbilisi. Co prawda, źródła historyczne mówią o tym, że miasto istniało już 100 lat przed Wachtangiem, ale kto by w to wierzył :)

 

 Wachtang króluje nad miastem

 

sokół i bażant Wachtanga


Kiedy od naszej pilotki usłyszałam, że stolica Gruzji mieści się na równinie, najpierw się zawahałam. Ale że geografem nie jestem, to uwierzyłam. Kiedy jednak wywieziono nas na najwyższy punkt Tbilisi, byłam już pewna, że mnie ktoś oszukuje – jak o 1500 m. można mówić równina?? Z drugiej jednak strony – to rzeczywiście dla nich równina.

Uliczki wiją się w górę, zakręcają, żeby później ostro opadać w dół. Żeby pospacerować po Tbilisi, trzeba mieć niezłą kondycję – to pod górkę, to z górki.

Ale nam to nie przeszkadzało. Powoli rozkoszowaliśmy się pięknymi kamienicami, odnowionymi domami, ale też rozpadającymi się ruderami. Wchodziliśmy do synagogi, meczetu i katedry. Widzieliśmy biedaków i bogaczy, bo w Gruzji nie widać klasy średniej.

Nad Tbilisi króluje Matka – Gruzja. W jednej ręce trzyma miecz – na wrogów; w drugiej – wino dla przyjaciół. Wtóruje jej król Wachtang na koniu, a u ich stóp płynie piękna rzeka Kura (!) Zresztą, Wachtang po dziś dzień jest bohaterem Gruzji, a rodzice chętnie nadają swoim dzieciom jego imię. Tak samo jak Dawid Budowniczy, Tamara i św. Nino.

Gruzini chyba bardzo, bardzo lubią rzeźby i pomniki. Praktycznie na każdym kroku widać czyjąś podobiznę, popiersie czy w końcu abstrakcyjne wysiłki rzeźbiarzy. Prym wiedzie tu ulica Rustawelego – praktycznie co metr widać jakąś ozdobę. Zresztą, Jsamej ulicy też należy się kilka słów. Nazwę zawdzięcza ona gruzińskiemu poecie, a sławę wydarzeniom z listopada 2003 roku. To właśnie tutaj ludzie z różami w rękach zapoczątkowali wielkie zmiany w Gruzji – wydarzenie to nazwano później Rewolucją Róż. Dziś ulica ma charakter typowo rozrywkowy, znajdują się na niej sklepy, restauracje i stragany gruzińskich handlarzy. To tutaj można kupić – najbardziej popularne w Gruzji – rogi do picia wina.

 

 

 

 

z takich rogów - wedle tradycji - pije się w Gruzji wino 

 



 

 

 

każdy chłodzi się jak może:)

 

 

 a takie budynki można spotkać w samym centrum, przy samym parlamencie

 

 

 

 

 

 

Alej Gwiazd prawie jak w Hollywood:)

 

 

 Tbilisi wieczorową porą

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

takie "cuda techniki" to codzienność na ulicach Tbilisi

 

dzielnica łaźni

 

 

 

 

jedna z największych "atrakcji" Tbilisi - współczesny most przez niektórych nazywany "podpaską" :)

 

 

rzeka Kura

 

 


 


 


 


 




20:51, polka_w_podrozy , AZJA
Link Komentarze (1) »
PO PROSTU TBILISI (gruz.თბილისი) ZDJĘCIA CZ.2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

kaczki takie same, jak w Polsce. problem tylko w tym, że te są w ... restauracji

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

20:51, polka_w_podrozy , AZJA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 września 2011
Gruzja - trochę jakby wstępu.

 

 typowy gruziński dom w bocznej uliczce Tbilisi

 

Gruzja to jakby specyficzny kraj. Cudowny i wspaniały, ale jakby specyficzny J

Prawdą jest, że Gruzini są niezwykle uczynni, przyjaźni i otwarci, ale prawdą jest też fakt, że są niesamowicie niesłowni, spóźnialscy i dość nieodpowiedzialni. Przekonaliśmy się o tym już w pierwszych godzinach po przylocie. Ale nie o tych złych rzeczach będziemy przecież pamiętać, tylko dobrych, a tych było zdecydowanie więcej.

Wystarczy, że przypominam sobie, jak Gruzini wznoszą toasty – długie, płaczliwe, wesołe, wzniosłe, zabawne, piękne; jak później śpiewają pieśni, jak krzyczą: „Gaumardżos!!” (co też skutecznie po nich przejęliśmy krzycząc przy winie w niebogłosy). Wystarczy, że to sobie przypomnę i już tęsknię. I choć to Ukraina ciągle jest miłością mojego życia, myślę, że wplączę się w mały romans z Gruzją. I  z Armenią też (może nawet troszkę poważniejszy).

 

piękny widok z okna naszego balkonu


Na początku pogadajmy sobie jednak o Gruzinach, Gruzinkach i Gruzji.

No to zacznijmy od samej Gruzji. Gruzja leży na pięknym Zakaukaziu, czyli Kaukazie Południowym. Ma i góry i morze i jeziora i lasy. Jest bardzo zróżnicowaną krainą.

Wbrew pozorom, Gruzja nie jest popularna, na ulicach prawie nie widać turystów, a sami Gruzini chyba jeszcze nie są gotowi na najazd ludzi z Europy. Patrząc na to, co dzieje się w Tbilisi, mogę wątpić, że będą w Europie jeszcze w tym stuleciu. Piszę „Europie”, bo choć de facto  Gruzja jest państwem azjatyckim, to wszyscy jej mieszkańcy bardzo chcieliby należeć raczej do Europy. Ba! Oni sami o sobie mówią „Europejczycy”. Niestety, do Europy im trochę daleko – zwłaszcza w mentalności. O ile w Tbilisi nie brak ładnych uliczek, restauracji i sklepów na poziomie europejskim, to już kawałek dalej widać brud, nędzę i biedę. W stolicy dużo się buduje, remontuje i odnawia. Przynajmniej tak się wydaje, bo jeśli przyjrzeć się temu bliżej, widać, że robotnicy więcej odpoczywają, niż zajmują się swoimi obowiązkami. Zresztą, na ulicach nie widać mężczyzn, którzy pracują – oni co najwyżej grają w karty, szachy albo kości. Na studia idą raczej dziewczęta. Mają zresztą później wielki problem ze znalezieniem męża – wykształcona kobieta raczej nie chce się wiązać z facetem, który siedzi i nic nie robi. Stąd w Gruzji wiele singielek, i nie jest to wcale tam powód do wstydu.

 

widok na Tbilisi i jego mury obronne

To kobiety utrzymują dom, zarabiają i o wszystko dbają. Dlaczego? Bowiem to właśnie one mają szansę na znalezienie dobrej pracy – ukończyły studia, znają język i, przede wszystkim, chcą pracować.  

Gruzja to kraj raczej ludzi ubogich. Przeciętny zarobek to ok. 20-30 $. Jednak każdy urzędnik państwowy, który włada biegle językiem angielskim dostaje dodatek do pensji.

 

panorama widziana znad Jeziora Żółwiego

Niestety, angielski jest – delikatnie mówiąc – mało popularny. Kiedy w restauracji próbowaliśmy złożyć zamówienie właśnie In English, pani kelnerka popatrzyła na nas z przestrachem, wydukała jakieś „yyyy…” i pobiegła po kolegę. Ten nadszedł, uśmiechnął się pięknie i po naszym zamówieniu popatrzył, uśmiechnął się znowu i powiedział tylko: slowly po trzecim „slowly”, znowu się uśmiechnął i pognał do baru. Zamówiliśmy 3 kawy z mlekiem, 2 soki pomarańczowe i 2 cole. Dostaliśmy: 1 kawę, sok jabłkowy i colę. Na szczęście, istnieje coś takiego, jak język migowy i wtedy dopiero udało nam się dostać to, co zamówiliśmyJ My wypiliśmy napoje, a pan dostał napiwek i mamy nadzieję, że przeznaczy go na naukę angielskiego. Dużo łatwiej dogadać się po rosyjsku, pamiętać tylko trzeba, żeby najpierw powiedzieć, że jesteśmy z Polski, inaczej możemy dostać w *ierdol (wybaczcie słowo, ale tylko ono mi przychodzi na myśl). Gruzja ciągle jest antyrosyjska. Chociaż ciągle duch w narodzie nie ginie :) (i to przy samej cerkwi).

duch w narodzie nie ginie

21:20, polka_w_podrozy , AZJA
Link Dodaj komentarz »
Będziemy się chwalić

Będziemy się chwalić, bowiem ledwo wróciłam z wojaży po świecie, spotkała mnie miła niespodzianka:

POLKA W PODRÓŻY zdobyła wyróżnienie w konkursie organizowanym przez miejski portal www.wroclove2012.pl

Jak piszą organizatorzy na swojej stronie:


W konkursie zdecydowaliśmy się też przyznać dwa wyróżnienia. Laureatami zostały „Polka w podróży”, a więc mama, córka i babcia. Same o sobie piszą: - Trzy kobiety z tej samej rodziny, ale różnymi temperamentami i różnym podejściem do życia. Trzy kobiety, które podróżują. Czasem razem, czasem osobno. Czasem daleko, czasem - tylko po Polsce. Polki doceniliśmy za to, że mimo pokoleniowej różnicy ich blog tworzy jednolitą opowieść, w której prym wiodą niebanalne i pełne ciepła historie. 

link tutaj

 

Choć zaszła mała pomyłka w opisie, bardzo, bardzo się cieszę:)

19:55, polka_w_podrozy , takie tam...
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5